poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Taki jest wyrok ulicy...

  



   Markowi nigdy nie było łatwo. Marka wychowała ulica. Marka wychował Łysy spod 5b. Marek od dziecka wychodził rano z domu z kanapkami z szynką i serem i bił żydowskie dzieci. Marka nikt nie uczył zasad. To Marek wyznaczał zasady.

   Jedno trzeba przyznać, miał powodzenie u kobiet. W końcu samiec alfa, postrach blokowiska, musiał mieć powodzenie. Każda ulegała prędzej czy  później pod wpływem jego aryjsko niebieskich oczu, wytatuowanej łydki, a czasem scyzoryka przystawionego do szyi. Marek wiedział jedno- one to lubiły. Nie wnikając jednak w szczegóły, trzeba przyznać, że Mareczek się urządził w życiu, nie powiem, że nie. Ale to nic nowego- przecież słyszy to od dziecka…

   Ale ostatnio taka akcja była, no mówię Wam po prostu…Jak Marka ostatnio psy zgarnąć chciały, bo się nachlał pod spożywczym znowu, to ich, proszę ja Was, urządził, aż pały od razu opuścili, hyhy. Od tego czasu to chłop taki posłuch miał na osiedlu, że byście nie uwierzyli. Nawet mu ta blondyna, Lidka spod ósemki dala w końcu. Wiecie, takie to niby ciche, mądre, spokojne, a jak przyjdzie co do czego, to…wiadomo, hehe.

   W takim układzie Marek myślał, że skoro w jego nowohuckiej dżungli wszystko mu wolno, to wszyscy w całym mieście by mu najchętniej adidasy włosami czyścili.  A tu niespodzianka.  Wsiadł ostatnio do autobusu, no późno już trochę było, ale ludzi nawet sporo, jak to w piątek. Oczywiście, najlepsze miejsca na tyle, a coście myśleli? No to Mareczek hop na tył. A wypił chłopaczek trochę, nie powiem, a jak jest wódeczka, to muzyczka tez musi być. Łysy mu ostatnio takie dobre niemieckie techno puścił, że po prostu padacie wszyscy. Marek wyciąga telefon, szuka…szuka…. No i nie ma słuchawek, cholera jasna. No to co? Słuchamy bez, co tam, kto nie ryzykuje…O,o,o, słuchajcie, ten beat dobry! Ale czego ten staruch chce? Nie podoba ci się coś? A szczękę ci przetrącić? Kosę w żebro chcesz? No, zamknął się wreszcie, nawet wysłuchać do końca nie można…

   No bo, kurka wodna, należało mu się, a co! Lata ciężkiej pracy i ani krztyny wdzięczności? „Buraki. Pieprzone cwele. Żydowskie pomioty. Ja wam dam, ja wam dam…” wygrażał Marek. Jednak wcale nie miał aż tak skamieniałego serca. Codziennie z uczuciem i delikatnością czyścił swoją kolekcję telefonów komórkowych. To były jego trofea. Jego blizny. Jego marzenia i wspomnienia. W chwilach szczególnego rozczulenia wyobrażał sobie, że pokazuje tę kolekcję swojemu synowi- malutkiemu Mareczkowi w malutkiej bluzie dresowej, malutkich adidaskach i malutkim kijek baseballowym w rączce. Na tę myśl po twardych, opalonych wiatrem, słońcem i lampami w solarium policzkach dumnego wojownika kropla po kropli, spływać zaczęły łzy wzruszenia…


   Ta chwila słabości była nie do wybaczenia. Marek musiał to jakoś odreagować. Pędem rzucił się do kuchni i wałkiem do ciasta zaczął okładać po plecach własna matkę…

5 komentarzy:

  1. Takie prawdziwe, takie Śródmiejskie, taki Łódzkie..

    OdpowiedzUsuń
  2. W Łodzi nie bywam, celowałam w krakowskie klimaty, ale cieszę się, że moje teksty są uniwersalne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krakowskie klimaty? Wez, teraz się będę bała z domu wyjść...

      Usuń
  3. Przerażające, że takie Mareczki istnieją naprawdę...

    OdpowiedzUsuń
  4. A tacy ludzie istnieją na prawdę ....

    OdpowiedzUsuń