Markowi nigdy nie było łatwo. Marka wychowała ulica. Marka wychował Łysy
spod 5b. Marek od dziecka wychodził rano z domu z kanapkami z szynką i serem i
bił żydowskie dzieci. Marka nikt nie uczył zasad. To Marek wyznaczał zasady.
Jedno
trzeba przyznać, miał powodzenie u kobiet. W końcu samiec alfa, postrach
blokowiska, musiał mieć powodzenie. Każda ulegała prędzej czy później pod wpływem jego aryjsko niebieskich
oczu, wytatuowanej łydki, a czasem scyzoryka przystawionego do szyi. Marek
wiedział jedno- one to lubiły. Nie wnikając jednak w szczegóły, trzeba
przyznać, że Mareczek się urządził w życiu, nie powiem, że nie. Ale to nic
nowego- przecież słyszy to od dziecka…
Ale
ostatnio taka akcja była, no mówię Wam po prostu…Jak Marka ostatnio psy zgarnąć
chciały, bo się nachlał pod spożywczym znowu, to ich, proszę ja Was, urządził, aż pały od razu opuścili, hyhy. Od tego czasu to
chłop taki posłuch miał na osiedlu, że byście nie uwierzyli. Nawet mu ta blondyna,
Lidka spod ósemki dala w końcu. Wiecie, takie to niby ciche, mądre, spokojne, a
jak przyjdzie co do czego, to…wiadomo, hehe.
W
takim układzie Marek myślał, że skoro w jego nowohuckiej dżungli wszystko mu
wolno, to wszyscy w całym mieście by mu najchętniej adidasy włosami czyścili. A tu niespodzianka. Wsiadł ostatnio do autobusu, no późno już
trochę było, ale ludzi nawet sporo, jak to w piątek. Oczywiście, najlepsze
miejsca na tyle, a coście myśleli? No to Mareczek hop na tył. A wypił
chłopaczek trochę, nie powiem, a jak jest wódeczka, to muzyczka tez musi być.
Łysy mu ostatnio takie dobre niemieckie techno puścił, że po prostu padacie
wszyscy. Marek wyciąga telefon, szuka…szuka…. No i nie ma słuchawek, cholera
jasna. No to co? Słuchamy bez, co tam, kto nie ryzykuje…O,o,o, słuchajcie, ten
beat dobry! Ale czego ten staruch chce? Nie podoba ci się coś? A szczękę ci
przetrącić? Kosę w żebro chcesz? No, zamknął się wreszcie, nawet wysłuchać do
końca nie można…
No
bo, kurka wodna, należało mu się, a co! Lata ciężkiej pracy i ani krztyny wdzięczności?
„Buraki. Pieprzone cwele. Żydowskie pomioty. Ja wam dam, ja wam dam…” wygrażał
Marek. Jednak wcale nie miał aż tak skamieniałego serca. Codziennie z uczuciem
i delikatnością czyścił swoją kolekcję telefonów komórkowych. To były jego
trofea. Jego blizny. Jego marzenia i wspomnienia. W chwilach szczególnego
rozczulenia wyobrażał sobie, że pokazuje tę kolekcję swojemu synowi- malutkiemu
Mareczkowi w malutkiej bluzie dresowej, malutkich adidaskach i malutkim kijek
baseballowym w rączce. Na tę myśl po twardych, opalonych wiatrem, słońcem i
lampami w solarium policzkach dumnego wojownika kropla po kropli, spływać zaczęły
łzy wzruszenia…
Ta
chwila słabości była nie do wybaczenia. Marek musiał to jakoś odreagować. Pędem
rzucił się do kuchni i wałkiem do ciasta zaczął okładać po plecach własna matkę…

Takie prawdziwe, takie Śródmiejskie, taki Łódzkie..
OdpowiedzUsuńW Łodzi nie bywam, celowałam w krakowskie klimaty, ale cieszę się, że moje teksty są uniwersalne :)
OdpowiedzUsuńKrakowskie klimaty? Wez, teraz się będę bała z domu wyjść...
UsuńPrzerażające, że takie Mareczki istnieją naprawdę...
OdpowiedzUsuńA tacy ludzie istnieją na prawdę ....
OdpowiedzUsuń